Każdy kraj ma swoją atrakcję "numer jeden". W Etiopii to właśnie jest Lalibela. Do XII wieku była to zagubiona wśród gór Lasta, wioska podobna do wielu innych. Wtedy nosiła nazwę Roha. I pewnie byłoby tak do dziś, gdyby nie pewien król. Brzmi to trochę jak tajemnicza baśń, ale wszystko, co jest związane z kościołami w Lalibeli owiane jest tajemnicą.
Legenda mówi, że pretendent do tronu - Lalibela, został otruty przez swojego brata. Nie umarł jednak, a jedynie zapadł w trzydniową śpiączkę, w czasie której wzniósł się do nieba, gdzie spotkał się z Bogiem.
Od niego dowiedział się, co ma zrobić po powrocie na ziemię, a pracy miał sporo. Jego zadaniem było zbudowanie afrykańskiej Jerozolimy. W Etiopii chrześcijaństwo było już ugruntowane i każdego roku rzesze wiernych szły z pielgrzymką do Ziemi Świętej. Po drodze czyhało na nich wiele niebezpieczeństw: susza, dzikie zwierzęta, wrogie muzułmańskie plemiona.
Bywało, że nie wszyscy pielgrzymi docierali na miejsce, a do domów wracali już tylko nieliczni. Pomysł stworzenia "nowej Jerozolimy" faktycznie spadł Etiopczykom z nieba. Mówi się, że budowniczym sprowadzonym z dalekiej Aleksandrii wystarczyło zaledwie 21 lat, by okoliczne wulkaniczne skały zamienić w pięknie zdobione kościoły.
Etiopia pełna legend
Na pierwszy rzut oka wydaje się to niemożliwe, chyba że w budowie pomogły im zastępy aniołów. To kolejna legenda. Chociaż czasami, gdy widzi się, jak misternie wykonane są te budowle, można uwierzyć, że aniołowie musieli uczestniczyć w tym dziele.Lalibela porównywana bywa z jordańską Petrą. Są podobieństwa, ale więcej jest różnic. I to na korzyść etiopskiej wioski. Kościoły wykute w rdzawym tufie to nie skanseny, ale miejsca żywe i tak magiczne, że odczuć można tam się jak intruz, jak ktoś, kto patrzy, ale niewiele rozumie. Najlepiej przyjść tu w niedzielny poranek.
Wtedy jest tłumnie i niezwykle nastrojowo: białe szaty wiernych, mroczne wnętrza kościołów, z czcią wypowiadane modlitwy, muśnięcia ust o krzyże ze szczerego złota, szelest stron kilkusetletnich woluminów, zapach kadzidła i blask świec. Monotonny śpiew w języku, którego od wieków już się nie używa i odgłos liturgicznych bębnów przenoszą mnie do czasów pierwszych chrześcijan.








